Diagnoza spadła na rodziców jak grom z jasnego nieba
Na narodziny Antosia czekali nie tylko rodzice, ale i dwie starsze siostrzyczki: 9-letnia Iga i 7-letnia Zuzia. Nic nie zapowiadało dramatu. Ciąża przebiegała prawidłowo, a rodzinaz radością przygotowywała się na powiększenie rodziny. Wszystko zmieniło się podczas badania prenatalnego w trzecim trymestrze.
Lekarka wykryła u chłopca przełożenie wielkich tętnic. To ciężka, wrodzona wada serca, która bez szybkiej pomocy medycznej może doprowadzić do śmierci noworodka. Dla rodziców diagnoza była szokiem.
Zostali skierowani do Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. To właśnie tutaj, pod opieką specjalistów, 25 września Antoś przyszedł na świat. Już od pierwszych chwil życia potrzebował pomocy lekarzy, a w piątej dobie przeszedł skomplikowaną operację serca.
- Był to dla nas ogromny szok. Tym bardziej że mamy już dwójkę starszych dzieci i wcześniej nie mieliśmy takich problemów. Ciąża przebiegała bardzo dobrze. Nie było żadnych podstaw, żeby podejrzewać, że coś takiego może się wydarzyć
- opowiadała Andżelika Kaczor, mama Antosia.
Rodzice zostali skierowani do Łodzi. Lekarze zdecydowali, że najbezpieczniej będzie, jeśli chłopiec przyjdzie na świat właśnie w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki. Dzięki temu od pierwszych chwil życia mógł być pod opieką specjalistów.
Operacja wymaga niezwykłej precyzji
Jak wyjaśnia prof. Katarzyna Januszewska, kierująca Kliniką Kardiochirurgii ICZMP, przełożenie wielkich tętnic polega na tym, że dwa najważniejsze naczynia krwionośne wychodzą z niewłaściwych komór serca. Aorta, która powinna rozprowadzać natlenioną krew po organizmie, odchodzi od prawej komory, a pień płucny od lewej.
- Problem polega na tym, że krew, która dostaje się z płuc do lewego przedsionka i lewej komory i normalnie powinna dopłynąć do całego ciała dziecka, płynie z powrotem do płuc. Natomiast krew, która wraca z ciała, czyli jest pozbawiona tlenu i powinna płynąć do płuc, żeby tam zostać natleniona, wraca z powrotem do ciała
- tłumaczy prof. Januszewska.
W praktyce oznacza to, że dziecko, choć ma prawidłowo rozwinięte płuca, cierpi na skrajne niedotlenienie. Bez leczenia jego życie jest zagrożone już w pierwszych godzinach i dniach po narodzinach.
Ratunkiem jest operacja, podczas której kardiochirurdzy zamieniają miejscami aortę i tętnicę płucną. Naczynia te mają u noworodka średnicę zaledwie 7-10 milimetrów. Jednak największym wyzwaniem jest coś jeszcze.
- Od aorty odchodzą również naczynia wieńcowe, które doprowadzają krew do serca. Musimy je przeszczepić do nowej aorty. I to jest najtrudniejszy element tej operacji, ponieważ naczynia wieńcowe u noworodka mają średnicę około jednego milimetra
- wyjaśnia profesor.
Jak podkreśla, w 15-punktowej skali Aristotelesa, służącej do oceny stopnia złożoności operacji kardiochirurgicznych, zabieg ten otrzymuje aż 10 punktów.
Prof. Maciej Moll, który operował Antosia, obrazowo porównuje pracę kardiochirurgów do niezwykle precyzyjnej hydrauliki.
- Trzeba otworzyć klatkę piersiową, podłączyć krążenie pozaustrojowe, które zastąpi serce na czas operacji. To serce zatrzymać na około godzinę, później przywrócić jego pracę i odłączyć maszynę. To jest tak naprawdę hydraulika, ale musi być precyzyjna. Minimalny błąd może skończyć się bardzo źle, tragicznie dla dziecka
- tłumaczy lekarz.
Pięć godzin operacji. Dla rodziców cała wieczność
Antoś urodził się przez cesarskie cięcie. Już po narodzinach wymagał zabiegu poprawiającego mieszanie się krwi między przedsionkami serca. W piątej dobie życia trafił na stół operacyjny.
Dla kardiochirurgów, którzy wykonali już setki podobnych zabiegów, była to kolejna wymagająca operacja. Dla rodziców Antosia pięć godzin oczekiwania oznaczało strach, którego nie sposób opisać.
- To był dla nas ogromny stres. Nie wiedzieliśmy, czy operacja się uda. Kiedy po pięciu godzinach usłyszeliśmy, że wszystko przebiegło pomyślnie, kamień spadł nam z serca. Później mogliśmy wejść do Antosia. Był zaintubowany, leżał tam, takie nasze malutkie biedactwo. Ale bardzo szybko zaczął dochodzić do siebie
- ze łzami w oczach wspomina mama chłopca.
Prof. Maciej Moll przyznaje, że nawet ogromne doświadczenie zespołu nie oznacza, że lekarze mogą przewidzieć wszystko.
- Operujemy dziecko w takiej wierze, że wszystko będzie dobrze i jak najszybciej wyjdzie do domu. Nigdy nie wiemy jednak, jak to wszystko się potoczy. Pacjenci są różni, są też różne warianty tej samej wady. Dopiero podczas operacji weryfikujemy dokładnie układ naczyń i musimy tak dostosować metodę, żeby wszystko prawidłowo działało
- wyjaśnia kardiochirurg.
Antoś wraca do domu. Siostrzyczki nie mogą się doczekać
Dziś po dramatycznych przeżyciach pozostały wspomnienia, a w ich miejsce przyszła ogromna radość. Antoś ma trzy tygodnie i właśnie opuszcza szpital.
- Jestem szczęśliwa, że już idziemy do domu. Mamy jeszcze dwójkę dzieci, które bardzo na nas czekają i na ukochanego brata. Nie mogą się doczekać, kiedy wreszcie zobaczą go na żywo
- opowiadała wzruszona pani Andżelika.
Chłopiec będzie wymagał regularnych kontroli kardiologicznych. Lekarze muszą obserwować, jak wraz z jego wzrostem rozwijają się operowane naczynia. Rokowania są jednak dobre.
- Z naszego punktu widzenia jest to pacjent wyleczony. Przywracamy anatomię taką, jaka jest u zdrowego dziecka. Dziecku, które bez operacji na pewno by nie przeżyło
- podkreśla prof. Maciej Moll.
Historia Antosia ma również szczególne znaczenie dla łódzkiego szpitala. To właśnie tutaj wykonano już 900 operacji przełożenia wielkich tętnic.
Pierwszą przeprowadzono w 1991 roku. Pionierem tych zabiegów był prof. Jacek Moll, którego dzieło kontynuuje dziś jego syn, prof. Maciej Moll, wraz z zespołem Kliniki Kardiochirurgii kierowanym przez prof. Katarzynę Januszewską.
- Wychowałem się w rodzinie lekarskiej. Mama była kardiologiem, ojciec kardiochirurgiem. Przy śniadaniu częściej rozmawiało się o pacjentach niż o problemach w szkole. Pamiętam, jak ojciec fascynował się profesorem ze Stanów Zjednoczonych, który wykonał już sto takich operacji
- wspomina prof. Maciej Moll.
Dziś łódzki ośrodek ma za sobą dziewięć razy tyle podobnych zabiegów.
Za imponującą liczbą kryje się 900 historii dzieci i ich rodzin. Dla rodziców Antosia najważniejsza jest jednak nie statystyka, lecz to, że ich synek wraca do domu. Do Kielc, do Igi i Zuzi, które wreszcie będą mogły przytulić długo wyczekiwanego braciszka.
Komentarze (0)