"Ja go uderzyłem dosłownie dwa razy, nie kopałem go"
W środę (2 września) w Sądzie Okręgowym w Łodzi Rafał M. nie przyznał się do winy. Powiedział, że to niemożliwe, żeby jego dwa uderzenia spowodowały u wuja tak poważne obrażenia.
- Myślałem, że prędzej już zawału dostanie. Ja go uderzyłem dosłownie dwa razy, nie kopałem go. Przede wszystkim nie chciałem, żeby mnie rozpoznał, bo bałem się, że doniesie na mnie na policję
- mówił oskarżony.
Wcześniej 45-latek był już kilka razy karany więzieniem, ostatnią karę zakończył kilka miesięcy przed feralną wizytą u wuja. Prokurator Iwona Peredzyńska oskarżyła Rafała M. o zabójstwo z zamiarem bezpośrednim, co oznacza, że mężczyzna może resztę życia spędzić za kratami.
Wujek często dawał oskarżonemu pieniądze
Podczas składania wyjaśnień oskarżony przyznał, że wybrał się do wuja z partnerką i synem z okazji jego urodzin.
- Wujek często dawał nam pieniądze, a że akurat potrzebowaliśmy grosza na życie, to pomyślałem, że jak tym razem nic nie da, to go okradnę. Partnerka i syn siedzieli i rozmawiali z wujem, a ja rozglądałem się po działce. Kiedy wujek wyszedł odprowadzić ich do furtki, wszedłem do jego altany i zabrałem jakieś papiery i przenośny piekarnik. Wychodziłem i wpadłem wprost na wujka. Odepchnąłem go, on się przewrócił, podszedłem do niego, a on złapał mnie za nogi. Znów go uderzyłem i uciekłem
- mówił 45-latek.
Zdaniem oskarżonego, cała sytuacja trwała może dwie minuty, dlatego nie był w stanie stwierdzić, gdzie uderzył pokrzywdzonego ani jak poważne obrażenia mu zadał. Nie sądził jednak, że starszemu panu mogło stać się coś groźnego.
- Gdy na drugi dzień wujek nie odbierał telefonu, pojechaliśmy tam z partnerką. Z daleka jednak zobaczyliśmy na działce światła latarek i uciekliśmy
- opowiadał.
Żona zmarłego: nie mieszkaliśmy razem od kilkunastu lat
Podczas środowej rozprawy sąd chciał przesłuchać partnerkę oskarżonego, Magdalenę F. Kobieta pojawiła się na sali rozpraw, jednak ze względu na stan zdrowia, który uniemożliwiał jej skuteczne porozumiewanie się, oraz fakt, że mogła odmówić zeznań ze względu na związek emocjonalny z 45-latkiem, odstąpiono od przesłuchania.
Zeznania złożyła natomiast Pelagia B., żona zmarłego.
- Nie żyliśmy razem od 2005 roku, mąż wyprowadził się na działkę, jednak nie rozwiedliśmy się. Czasem rozmawialiśmy przez telefon. On prowadził hulaszczy tryb życia, miał wiele kobiet, finansował kolegów - nie chciałam mieć z tym nic wspólnego. Kiedyś podczas rozmowy telefonicznej powiedział, że boi się oskarżonego, nie wiem, dlaczego. Podejrzewam, że i on, i wielu innych znajomych wyciągało od Mirka pieniądze. Informacja o jego śmierci mnie nie zdziwiła.
Dramatyczne zdarzenia miały miejsce 5 grudnia 2025 roku na terenie ogródków działkowych przy ul. Świętojańskiej w Łodzi. O ciele znalezionym w kałuży krwi powiadomiła policjantów znajoma 83-latka, która przyszła go odwiedzić. Obdukcja lekarska stwierdziła u poszkodowanego liczne obrażenia głowy, twarzy i klatki piersiowej, złamania żeber i uszkodzenie narządów wewnętrznych. Zdaniem specjalistów, mogły je spowodować silne uderzenia rękami i kopnięcia.
Komentarze (0)